środa, 13 kwietnia 2011

Tort ślubny

Tort to sprawa skomplikowana, szczególnie dla kogoś, kto nie lubi torów. Nie lubię ciasta biszkoptowego i kremów, a bita śmietana jest nieodporna na temperaturę, która panuje na weselach. Lubię tort dacquoise, ale niestety nie nadaje się on do podawania na weselach, ponieważ po pokrojeniu kawałki nie wyglądają zachęcająco. Beza się kruszy.

Kolejne utrudnienie to fakt, że nie podobają mi się piętrowe torty. Są tandetne i psują wygląd każdego eleganckiego wesela. Moim zdaniem tort powinien być prosty w formie, nie świecić się, nie śpiewać ani nie manifestować "zajebistości" pary młodej. Tort przede wszystkim powinien smakować i nie narzucać się swym wyglądem, powinien raczej gości zauroczyć. 
Nasze wesele będzie swoim wyglądem nawiązywać do morskich spraw. Obydwoje jesteśmy żeglarzami i dla mnie było naturalne, że ślub i wesele muszą to podkreślić. Nie bójcie się, nie podam rybnego tortu. Jednak chciałam wykorzystać moment dzielenia tortu, aby zaznaczyć, że morze ma dla nas jakieś znaczenie. Szukałam inspiracji w wielu cukierniach i na wielu portalach ślubnych. Większość pomysłów nie przypadła mi go gustu. Jednak jeden tort mnie powalił swoją oryginalnością: 

Pomimo, że ten tort jest piętrowy, to bardzo mi się podoba. Moim marzeniem jest, aby tort skrył się pod postacią dużej walizki, która będzie cała w morskich muszlach i rozgwiazdach. Ozdoby takie wykonuje się z marcepanu, tort można pokryć białą czekoladą. Całość prezentuje się niezwykle okazale, a w środku można ukryć delikatny biszkopt i czekoladowy krem.

środa, 9 marca 2011

Wyszkolona małżeńsko. Nauki przedślubne w Berlinie.

Stało się! Nareszcie nauki w Polskiej Misji Katolickiej zostały zakończone sukcesem. Odebrałam wraz z narzeczonym zaświadczenie i teoretycznie teraz jesteśmy gotowi do pójścia przed ślubny kobierzec.

Nauki przedślubne raczej mnie nie zaskoczyły. Siedem godzinnych spotkań nie odcisnęło wielkiego piętna na mojej duszy. Może jedynie spotkania z panią z poradni życia rodzinnego. Sprawdzanie czy macica jest już miękka i opadła, codzienna kontrola temperatury silikonowym termometrem oraz namowy do bogatego i różnorodnego pożycia małżeńskiego na trochę zostaną mi w pamięci. Reszta... nie bardzo. Ale czy tak naprawę spodziewałam się czegoś innego?


Do ślubu zostało dokładnie pół roku. Wiele rzeczy jeszcze przede mną. Kilka poważniejszych już za mną. W Berlinie zawitało przedwiośnie, z wazonów uśmiechają się do mnie tulipany z okazji dnia kobiet, a z nieba słońce śle ciepłe pocałunki. Wygląda na to, że w końcu znalazłam niezłą pracę. Zaczęłam pisać pracę licencjacką. Jest już lepiej. Cezura czasowa zawsze dobrze na mnie działa.

Wkrótce wybieram się jubilera, aby omówić z nim temat obrączek. Historia złota, z których zostaną wykonane jest niesamowita. Kiedy miałam kilka latek i rodzina zastanawiała się nad tym, do którego przedszkola mnie posłać a nie z kim przyjdzie mi się pobrać, od mojej prababci Mani (Marianny) dostałam grubą obrączkę z żółtego złota z zastrzeżeniem, że mają zostać z niej wykonane moje ślubne obrączki. I oto jestem tu, pół roku przed ślubem. Złoto doczekało się swojej chwili. Niesamowite...

środa, 2 marca 2011

Sfrustrowana panna młoda.

Jeśli dobrze policzyłam to do ślubu pozostało mi aż/zaledwie 6 miesięcy i 7 dni. Czuję, że mój zapas ekscytacji i zapału się wyczerpał. Na szczęście mam już zarezerwowaną salę, kościół, kończę nauki przedślubne. Sukienka też jest niemal gotowa. To po co się martwić?

Ilość drobnych rzeczy, malutkich detali, które według mnie miały stanowić o tym ślubie i weselu przestały mnie obchodzić. Jedyne co udało mi się skończyć przed zapaścią humoru to zaproszenia. Pierwsze zostały już rozdane i wielu osobą spodobało się to, że są hand-made i że włożyłam w nie trochę więcej pracy i serca, a nie jedynie 15 zł za sztukę.

Wszystko stało mi się obojętne. Nie mam ochoty szukać już ani dekoracji na wesele ani butów, pasujących do sukienki. Nie chce mi się już nawet angażować w sprawę garnituru pana młodego. Zastanawiałam się z czego to wynika. Może to taki midwedding crisis? Kilka rzeczy mocno mnie rozczarowało, kilka innych przybiło. Teraz żałuję, że jednak zgodziłam się na wesele. Zorganizowanie obiadu byłoby o wiele prostsze, mniej pracochłonne i łatwiejsze do przygotowania z 'emigracji'.

Jeśli do tej pory wydawało się Wam, że organizacja tego ważnego dnia jest prosta, przynosi wiele radości i satysfakcji... to się myliliście. Jeśli myśleliście, że płacąc z własnej kieszeni za wesele przyszli teściowie nie będą się wtrącać w Wasze stroje i listę gości... to też się myliliście. To niezwykle demotywujące kiedy cała radość z przygotowań znika, bo musisz zacisnąć język kiedy teściowa gada farmazony, podsuwa Ci kolejny "wspaniały" pomysł, a kiedy go nie wykorzystujesz obraża się lub kiedy nie podoba Ci się materiał na garnitur dla pana młodego, bo tylko Ty widzisz, że będzie w nim wyglądał jak psia kupa rozdeptana na chodniku. Oczywiście nie mam obowiązku milczeć, ale moi rodzice niestety za dobrze mnie wychowali i nie mam w zwyczaju naskakiwać na starszych ludzi. Od narzeczonego też już przestałam się spodziewać wsparcia, więc jedyne co chcę teraz zrobić to rzucić wszystko i Ci, którym na tym weselu naprawdę zależy niech się nim w końcu zajmą.



Trzymajcie kciuki.

środa, 26 stycznia 2011

1,5 godziny gadania o śluzie w pochwie czyli...

... pierwsze (z siedmiu) zajęcia w ramach nauk przedmałżeńskich.

Jeśli decydujesz się na ślub w obrządku katolickim, zamierzasz przysięgać przed B-giem, że nie zostawisz ukochanego, to najpierw czeka Cię prawdziwa przeprawa przez zawiłości kobiecej płodności.

Zastanawiałam się czy zapisać moje wrażenia już po pierwszym spotkaniu, czy dać im jeszcze czas i spisać wszystko na raz. Nie mogłam się jednak powstrzymać. I oto co mam do powiedzenia.



Jak część z Was wie do ślubu i wesela przygotowujemy się z emigracji, więc zdecydowaliśmy z narzeczonym, że nauki przedmałżeńskie odbędziemy w Berlinie. Ależ spekulowaliśmy... Czy prowadzący będą bardziej wyluzowani, w końcu mieszkamy w queer-stolicy świata. Czy będziemy musieli dużo płacić za te wspaniałe szkolenie (słyszałam już o "co łaska", ale nie mniej niż...). Czy będą sami Polacy, a może małżeństwa mieszane, no i czy w ogóle ktoś jeszcze będzie?


Polska Misja Katolicka w Berlinie okazała się mieć przepiękny neogotycki kościół, na jego tyłach, w poniedziałkowy wieczór zebrała się pokaźna grupa (ok. 12-15 par i kilka singli) ludzi. Jak mój luby stwierdził, wszyscy siedzieli jak na tureckim kazaniu, ze ścian patrzyła się na nas płacząca Matka Boska i ukrzyżowany Chrystus, a z sufitu wielki niemiecki czarny orzeł. Nikt nie trzymał się za ręce w myśl zasady: "przed ślubem się nie dotykamy", wszyscy byli zestresowani, cisi i przestraszeni. Mi i Pawłowi oczywiście humor dopisywał, w najmniej odpowiednim momencie dopadła nas głupawka. Paweł wskazał mi na stół prowadzącej (ok, 45 l., 3 dzieci, grubsza, tłuste włosy, pluje podczas mówienia) przyodziałam okulary i wszystko stało się jasne. Na stole leżał schemat narządów płciowych kobiety.

Całe spotkanie przebiegało w absurdalnej atmosferze. Wśród nas było małżeństwo (cywilne) z małym chłopcem (ok. 6 lat). Matka była przerażona, bo prowadząca przez 1,5 godziny gadała o płodności kobiety, o seksie, o poczynaniu dzieci, o cyklach, miesiączkach, hormonach, a mały nie bardzo wiedział o co chodzi. Matka z przerażeniem zapytała, czy ona NA PEWNO? może zostać z dzieckiem.

Nikt nie odpowiadał na zadawane pytania, nikt się nie udzielał, nikt nic nie mówił. No, była tam jedna fanka metod naturalnego planowania rodziny. Wszyscy się jednak pobudzili, gdy prowadząca wyciągnęła białe etui (prawie jak od PSP) a w nim był termometr do mierzenia temperatury w pochwie, z silikonowym czubkiem do łatwiejszej aplikacji. Szaleństwo! Ciekawe czy są wersje w zeberkę albo panterkę...


Na koniec Paweł został zmuszony do kupna książeczki "Kiedy jestem płodna". Na szczęście tylko za 4 euro. Pomijając kilka błędów w kwestiach medycznych, widać że kobieta zna się na tematach naturalnych metod zapobiegania ciąży. Mówienie, że seksualność nie jest instynktem i że plemniki osiadają w śluzie jest co najmniej nieprawdziwe, a do tego denerwujące.

Ja jednak podziękuję.

wtorek, 25 stycznia 2011

Wielka Gala Ślubna w Szczecinie



Ponad 160 wystawców z województwa zachodniopomorskiego zaprezentowało, co w 2011  ma do zaoferowania przemysł ślubny dla narzeczonych. Swoje stanowiska miały salony sukien ślubnych, salony jubilerskie, fotograficy, sale ślubne i restauracje, floryści oraz firmy wynajmujące samochody. Na scenie głównej odbyły się pokazy modny ślubnej oraz pierwszego tańca weselnego.
To tyle faktów, teraz moje odczucia towarzyszące temu wydarzeniu. Wiąże się z nimi anegdota. Na targi wybrałam się z mamą (42 l.) oraz świadkową (26 l.). Wszyscy chyba brali ją za starszą córkę mojej mamy, bo ja, jako przyszła panna młoda nie wzbudzałam zainteresowania wystawców. Wszystkie ulotki, gazetki dostawały mama ze świadkową, to one były najczęściej zagadywane przez przedstawicieli firm ślubnych. Może rzeczywiście nie wyglądam na przyszłą pannę młodą. (W Berlinie wciąż kupując wino, muszę pokazywać dowód. Od sześciu lat mogę legalnie kupować ten trunek...)

Na targi przyjechałyśmy 30 min po otwarciu, żeby nie trafić na największy tłum. Jak wielkie było nasze zdziwienie, gdy już wtedy ciężko było zaparkować. Nie zrażone ogromną masą ludzką weszłyśmy na teren targów. Nie chcę pisać o wszystkich wystawcach, a jedynie o tych, którzy mnie urzekli. Prawda jest taka, że jako nie-fanka wesel nie odnajdywałam przyjemności w oglądaniu majonezowo-śmietanowych sukien ślubnych, różowych obrączek dla niej i dla niego, tandetnych zdjęć fotografów czy filmów z wesel, ale wiem, że żałowałabym, gdybym na targi nie pojechała.

Firma Provocatieur ze Szczecina sprzedaje gotowe i szyje na miarę garnitury ślubne dla panów. Niezwykłe dwie starsze panie, krawcowe nie naskakiwały na ludzi z ulotkami, nie zamęczały ich krzykiem. Garnitury, które stały na ich stanowisku mówiły same za siebie, urzekły mnie dokładnością wykonania, wysoką jakością materiału. Obie panie to największej klasy profesjonalistki i tłumaczyły mi niuanse doboru koloru koszuli oraz faktury materiału garnituru pana młodego. Jestem paniami zachwycona i najprawdopodobniej one uszyją garnitur mojego przyszłego męża.

Wystawcą, który wprowadził mnie w stan florystycznej ekstazy była pani z kwiaciarni Toscana w Szczecinie (ryneczek Pogodno). Jej cudowne bukiety sprawiły, że zmieniłam swoje zdanie co do róż, których szczerze nie znoszę. W masywnych bukietach wykorzystuje biało-kremowe róże, białe tulipany, tulipany papuzie i magiczny składnik niedźwiedzią trawę. Nigdy wcześniej nie widziałam tej rośliny w bukietach, jednak jako przedłużenie tzw. "berła" nadaje się cudownie. 
Zdjęcie jednego z bukietów:

Ostatnim wystawcą, który zrobił na mnie ogromne wrażenie jest salon sukien ślubnych Novia z siedzibą na Nowej Starówce. Już wcześniej, podczas poszukiwań sukni ślubnej trafiłam do tego salonu. Największym plusem jest obsługa. Młode i eleganckie panie wspaniale potrafią doradzić w wyborze odpowiedniego koloru i fasonu. Wiem, że to może niewiele, ale każdy kto ma za sobą poszukiwanie sukni, wie jak ciężko trafić na odpowiednią ekspedientkę, a właściwie doradczynię. Suknie są z najwyższej półki z (tak jak i ceny) z firmy Pronovias i Cymbeline, jednak jakoś materiału, dokładność wykonania, możliwość poprawek i perfekcyjne kroje to plusy, które sprawiają, że salon Novia to moim zdaniem najlepszy salon mody ślubnej w Szczecinie. Zaznaczę, że nie jest to kryptoreklama, ponieważ ja swoją suknię postanowiłam uszyć. Jednak, gdybym zdecydowała się na zakup, to na pewno w tym salonie.



Mam mieszane uczucia co do targów ślubnych. Mam po nich ambiwalentne wrażenie, że branża weselna to branża jak każda inna (np. budowlana, medyczna, kosmetyczna). Kolejne firmy powstają próbując sprzedać nam produkty, których nie potrzebujemy. Przedstawiciele próbujący udowodnić mi, że moje wesele będzie beznadzieje, jeśli nie pojawią się na nim fajerwerki za 30 tysięcy lub białe gołębie po 200 zł za sztukę sprawiają, że staję się jeszcze większą przeciwniczką tej imprezy.

Najważniejszą rzeczą, którą trzeba zabrać ze sobą na targi ślubne to zdrowy rozsądek.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...